Sprawa wycięta z prawa,
czyli słów parę o samplingu
Sampling jest bardzo popularnym sposobem na tworzenie muzyki, raperzy niczym w baroku stawiają na przepych ozdób w swoich tekstach i pakują w nie liczne follow-up'y, a jak na to patrzy nasze poczciwe polskie prawo? Czy wycinanie sampli może prowadzić do kryminału?
Na początku artykułu chciałbym przytoczyć pojęcie "sampla" i "samplingu" w muzyce. W tym miejscu pozwolę sobie zacytować znaną szerszemu gronu "ciocię" Wikipedię, która na szczęście w tym przypadku jest prawdomówna i stwierdza, że sampling to:
"użycie fragmentu wcześniej dokonanego nagrania muzycznego, zwanego samplem jako elementu tworzonego utworu przy użyciu specjalnego instrumentu zwanego samplerem (lub komputera). Sample uzyskuje się w sposób naturalny bądź sztuczny. Najczęściej sample stanowią pojedyncze dźwięki instrumentów naturalnych (np. sample perkusyjne) lub odpowiednio wycięte części innych utworów."
Nie jest to technika jakoś szczególnie nowatorska, bo swoje początki ma już w latach 40. XX w. i była wykorzystywana przez nie byle jakich artystów, bo przez samych Beatels'ów czy Pink Floyd'ów. Prekursorami samplingu na szeroką skalę byli DJ'e lat 70., którzy na Jamajce tworzyli podkłady pod muzykę reggae i dub. Pierwszym i przełomowym nagraniem wykorzystującym sampling w rapie było kultowe "Rappers delight" The Sugarhill Gang'u z 1979 roku. Jak widać był to zabieg na tyle korzystny i ciekawy, że ostał się on przy tej muzyce, aż do dzisiaj.
Pierwszy sampling i co dalej?
Następnie wyciek hip-hopu do świata komercyjnego owocował i nadal owocuje niczym innym jak związkiem przyczynowo-skutkowym. Jest pn najbardziej widoczny w elementach MC'ing'u i DJ'ing'u. Nic dziwnego zatem w tym, że w momencie kiedy rap za oceanem został totalnie skomercjalizowany i zaczął wypełniać odbiorniki radiowe i telewizory, zaczął też wypełniać ławy sądowe coraz to nowymi pozwami. Ostatnio chlebem powszednim są nagłówki "Nas oskarżony o kradzież", "Czy Umbrella Rihany jest plagiatem?", "Eminem wygrał proces o plagiat z Raymondem Vincentem" i tym pokrewne. Wciąż wzrastająca popularność rapu niosła ze sobą przybywającą ilość afer związanych bezpośrednio z muzyką i dźwiękami w niej użytymi. Dla przykładu można podać utwór Fatboy Slim'a "Right here, right now", w którym został wykorzystany kawałek "Ashes the Rain and I" należącego do The James Gang'u, z czego wynikła wojna właśnie o sampel. Można też przytoczyć zespół Beastie Boys, który takich batalii prowadził naprawdę wiele. Sampling wbrew nowym nurtom w rapie, opartych na syntetycznych brzmieniach i granych samemu elektronicznie melodiach, wcale nie traci na swojej popularności. Coraz więcej producentów i amatorów tego rzemiosła tnie. Dokonywane są szalone rzezie na biednych i niczego nieświadomych utworach, które w odpowiednio fanatycznych środowiskach (np. niektóre utwory z zakresu jazzu) mają już dawno statusy "nietykalnych klasyków".
Jak na to wszystko patrzy prawo? Jak papierki i cały natłok warstw dzienników ustaw określa i ogranicza możliwości adeptów tworzenia muzyki w ten sposób?
Rozważając te aspekty warto przytoczyć fakty z rodzimej sceny i przekopać trochę nasze podwórko. Tak więc dogłębnie analizując internetowe wypowiedzi na temat dobrze recenzowanej płyty Eldo z 2008 roku "Nie pytaj mnie o nią" można natrafić na liczne okrzyki, jakoby tytułowy utwór był plagiatem utworu Republiki "Nie pytaj o Polskę". Kilka wersów żywcem zaczerpniętych z tego utworu i otwarta mowa Leszka (Eldo), że przyznaje się bez bicia do tego, że inspirował się wyżej wymienionym numerem. Biorąc pod uwagę normy prawne w Polsce, zostały one złamane. Nigdzie w "Nie pytaj o nią" nie zostało powiedziane, że tekst jest zainspirowany Republiką, ba, nawet nie zostało to nakreślone oficjalnie na okładce. Parafrazując nieudolnie tekst, tak że ten wyglądał jak źle ujęty cytat, Eldo powinien też zwrócić uwagę na obowiązujące prawo cytatu, które mówi wyraźnie o tym, że jest zobowiązany podać autora, zaraz po przedstawieniu myśli. Stety, bądź niestety sprawa póki co nie nabrała zbyt dużej wagi i skończyło się na paru "dochodzeniach" sfrustrowanych internetowych filozofów. Jednak mimo wszystko taki bodziec zachęcił mnie do dalszego podkopywania się w kodeksy karne naszego, no może miejscami i to nawet obszernymi niezbyt udanego, systemu. Cała magia kryje się pod jakże mistyczną formułą - Dz. U. z 1994 r. Nr 24, poz. 83, czyli w rozwinięciu "Ustawie z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych", którą to można znaleźć w Internetowym Systemie Aktów Prawnych. Trochę niechętnie wyłapałem parę kluczowych informacji z długiej litanii o prawach majątkowych i nie tylko. Nikomu nie ubliżając stwierdziłem, że co najmniej połowa muzycznej sceny hip-hopowej w Polsce to złodzieje. Świadomi, bądź też nieświadomi własnych grzechów notorycznie łamią prawo, nieraz tłumacząc sobie, że to co robią ma małą skalę, nie liczy się w ogólnie rozumianym showbiznesie, bądź też w ogóle sobie tego nie tłumacząc. Czas poszerzyć horyzonty i przemyśleć niektóre zachowania producentów i raperów.
Czy follow-up, czyli w środowisku hip-hopowym cytat innego tekstu w swoim, w świetle prawa jest karalny?
O dziwo, tak! Chociaż, jak to zwykle bywa w kodeksach i paragrafach, nie zawsze. Jeśli raper A, zacytuje rapera B w swoim utworze i nie doda "jak powiedział raper B" do swojego wersu, a wyżej wymieniony raper na drugą literę alfabetu, mówiąc ściślej, się wkurzy na pana A to wtedy ma całkowitą słuszność oddając go do sądu. Być może zdawać się to chore, ale takie możliwości daje mu "prawo cytatu". Zatem strzeżcie się wielbiciele licznych nawiązań do innych raperów i pamiętajcie o tym, żeby nigdy nie zapomnieć grzecznościowego "jak nawinął", "jak powiedział", "jak pisał" i innych tym podobnych.
Czy każdy sampel jest nielegalny?
Ależ skąd. Oficjalne stanowisko mówi o tym, że można wykorzystać sampel (motyw) w swoim utworze za zgodą autora pierwowzoru. Nie trzeba chyba podkreślać, że w komercyjnych projektach w grę wchodzi duża kasa. Na nic zda się mozolne pisanie przy numerku na playliście "sampel z:", czy zmienianie wysokości i tempa. Jeśli sampel jest rozpoznawalny w dalszym ciągu, a nie ma oficjalnej zgody właściciela, nie ma też mowy o legalności takiego przedsięwzięcia. Jak wiemy doskonale, w naszym systemie są pewne zdefiniowane "ale". W tym przypadku jest to, nazwijmy prowizorycznie, "okres ważności praw autorskich", według którego prawa takie po prostu mogą się przeterminować. Po pewnym okresie egzystencji linia melodyczna utworu przestaje być obejmowana daną licencją i wtedy staje się gratką dla wszystkich coverujących i samplujących. Zapis w "Ustawie (...) o prawie autorskim i prawach pokrewnych" przedstawia sprawę w skrócie następująco: dopóki twórca żyje i ma się dobrze cały czas posiada prawa majątkowe i autorskie do utworu, które przepadają dopiero 70 lat po jego śmierci; jeśli żyje i nie ma się dobrze, i nie jest znany (swoją drogą ciekawi mnie wymiar tego, czy artysta jest znany czy nie jest) to prawa przepadają po 70 latach od rozpowszechnienia utworu; jeśli prawa zostały przypisane komu innemu niż twórcy utworu przepadają wraz z minięciem 70 lat od otrzymania praw do utworu. Drodzy twórcy muzyki, żeby każdy dźwięk waszego samplowanego, nieważne z jakim skutkiem, bitu był legalny musicie szukać sampli w muzyce z okresu najpóźniej przedwojennego. Absurd? No cóż. Pozostaje mi życzyć Wam powodzenia. Chyba, że włączycie opcję "big money on the table", pójdziecie do jednego, drugiego artysty i zapłacicie im za uprzejmość i udostępnienie, jakże zbawiennej, możliwości urżnięcia sobie z ich utworów paru dźwięków. W każdym innym wypadku będziecie w oczach zwisającego u szyi sędziego orzełka złodziejami, a wasze apele "kupujcie rap płyty", dla dobrego smaku, mogłyby trochę ucichnąć. Warto też, by każdy słuchacz był świadom tego, że przedmiot jego zainteresowania był nie do końca legalnie tworzony. Dla czystego sumienia i etyki z założenia miło byłoby, gdyby producenci mieli na tyle odwagi, żeby napisać bez ogródek, że "sampel został UKRADZIONY z utworu:". Wymagałoby to zaiste odwagi. Być może to bezsens i wielu anarchistów z zamiłowania skrytykuje moją uległą prawu postawę. Zrozumiem. Chciałem tylko uwidocznić fakt, że nieraz propagatorzy legalności płyt i ludzie zachęcający do kupowania muzyki z półek i nie okradania ich sami notorycznie łamią prawo, tym samym okradając innych, choć tutaj również rodzi się paradoks, bo jak można okraść kogoś, kto, dajmy na to, nie żyje. Pozostawiam Cię drogi czytelniku z możliwością refleksji na temat bliżej wykreślony puentą: jeśli chcemy szukać sprawiedliwości i dobrego smaku szukajmy go na kilku płaszczyznach, a nie tylko na tej najbardziej nam odpowiadającej i najwygodniejszej.
Źródła:
http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU19940240083
http://pl.wikipedia.org/wiki/ - aż wstyd, ale przydało się
Autor: Marek "Ryjek" Żmijewski
Autor postu otrzymał propsa



